czwartek, 22 stycznia 2015

Rozdział 1.


" Zimne dłonie   
jakby nieobecne 
Serce       
złapane w sidła
  oddech    
niespokojny 
tłucze się   
o żebra. "






 Jeden z samotnych wieczorów, dzień jak żaden inny, zegar irytująco wystukuje upływ czasu, jednocześnie odmierzając ilość uderzeń mojego serca. Księżyc podstępnie próbuje wedrzeć się do mojego pokoju i od czasu do czasu na mnie zerka zza gałęzi rosnącego na ganku drzewa. Jeśli się nie mylę, jest to dąb, ale tej nocy nie zamierzam tego roztrząsać. Dziś czuje się wyprany ze wszystkiego. Leżę tak i wlepiam tępy wzrok w udekorowane wszystkim i niczym ściany, wiatr cicho pohukuje za uchylonym oknem a krew w moich żyłach zupełnie jakby zamarła. Sięgam ręką do oddalonej ode mnie o jakieś pół łokcia wieży i włączam na średnią głośność jeden z kolejnych kawałków na płycie, wypalonej przeze mnie dawno temu. Muzyka ma zagłuszyć moje myśli, jednak sprawia jedynie, że zamiast szeptać - krzyczę. Coś we mnie pęka i naprawdę nienawidzę tego życia. Histerycznie zrywam się z łóżka i zaciskając pięści na włosach warczę pełnym tchem przez zaciśnięte zęby. Po chwili obie dłonie miotam z całą swoją siłą na boki i zamachem zrzucam na podłogę wszystko co śmiało stanąć mi na drodze. Przez wrzeszczące głośniki przebija się jedynie huk tłuczonego szkła. Nie wiem co rozbijam, ale wściekły na siebie za to kopię jak wariat wszystko co spadło lub już wcześniej znajdowało się na podłodze. Mój pokój zaczyna przypominać apokaliptyczne pobojowisko i tylko to wyobrażenie pozwala mi się trochę wyluzować. Ciotka sprząta wiecznie ten burdel, chociaż tyle razy jej powtarzałem, że tego nie lubię. Ostatnio robi to właściwie rzadziej, a konkretniej tylko po takich właśnie "wybrykach." Czasem odnoszę wrażenie, że ta kobieta zwyczajnie na świecie się mnie czasem boi. Zawsze wie kiedy odbija mi szajba, ale nigdy nie przychodzi żeby mnie uspokoić. Zresztą, niesposób jest tego nie wiedzieć, skoro cała chawira buja się i trzeszczy przez moje krzyki, miotanie się i składankę ulubionych kawałków grającą nie z rzadka na cały regulator. Po tej refleksji całkowicie opadam z sił i osuwam się miękko po ścianie na podłogę, gdzie ląduję bez ruchu i prawdopodobnie wyglądam jak jakaś połamana niemiłosiernie lalka rodem z filmu grozy. Po kilku głębszych wdechach odzyskuję władzę w ręce, którą natychmiast sięgam po papierosa. Ale wróćmy do początku. Zaczęło się właściwie.. no włąśnie, od czego? Matka majstrowała coś przy garach kiedy wróciłem z biblioteki. Oczywiście wiedziałem już dobrze, co jest grane, bo Elżbietka zabierała się za gotowanie tylko po to, żeby mi powiedzieć "Synuś, takie pyszne jedzonko Ci zrobiłam, to teraz nie złość się na mnie, ale mamusia sobie na trochę wyjedzie, nieważne gdzie, nieważne na jak długo. Kiedyś wróci a Ty do tej chwili radź sobie jakoś sam, W razie czego Jadźka cały czas tutaj będzie." Moja matka naprawdę jest złotą kobietą, ale wiecznie zabieganą i niedostępną. Niemalże nieustannie gdzieś wyjeżdża i raz na jakiś czas przesyła mi pozdrowienia w postaci krótkiego esemesa "Żyję, niedługo wracam. Więc baw się dobrze póki jeszcze możesz :) Buźka." Gdybym zapisywał te wiadomości, prawdopodobnie pierwsza niczym nie różniłaby się od ostatniej. Czasem odnoszę wrażenie, że zaciął się jej po prostu telefon i od czasu do czasu wysyła mi jeszcze raz tą samą wiadomość. Tym razem posyła mi to swoje smutne, zatroskane spojrzenie. Mimo tego uśmiecha się do mnie lekko i wypinając biodro, opiera na nim dłoń w której trzyma drewnianą łychę. Tyka nią delikatnie w powietrzu, dając mi do zrozumienia, że mam tam do niej podejść. Wzdycham ciężko i ciskając torbą pod schody, zbliżam się do niej niechętnie. No i właśnie się zaczyna:
- Synuś, no proszę Cię, już się tak nie nadymaj - mówi spokojnie odwracając się na pięcie z powrotem w stronę garnka. - Wiesz dobrze, że nie wyjeżdżam dla własnego kaprysu. Ale jak zawsze jakoś Ci to wynagrodzę - tym razem zerka na mnie kątem oka, ale widząc obojętność malującą się w moich oczach, natychmiast się wycofuje - Chińszczyzna. Twoje ulubione. Zrobiłam tak jak lubisz najbardziej i nawet zjem z Tobą odrobinkę - Kończy i daję sobie odciąć mały palec, że uśmiechnęła się właśnie zawadiacko pod nosem, mrużąc oczy z zadowolenia i podziwu dla samej siebie.
Wywijam wzrokiem fikołka i odważam się powiedzieć, jednym tchem, coś, co nigdy nie powinno być wypowiedziane:
- Przecież Ciebie nigdy nie ma. A nawet jak jesteś, to tak jakby Cię nie było. Wiecznie siedzisz z tym swoim idealnym noskiem przed lusterkiem i pindrzysz się do swojego odbicia, a później znikasz, Bóg wie gdzie. Dziwka - Ton mojego głosu był zimny, obojętny. Podobnie jak jej reakcja. Oboje przecież dobrze wiedzieliśmy, że ona nią nie jest i że ja, z moimi skłonnościami do histerii, czasem mówię różne bzdury, tak naprawdę chcąc jedynie wyrazić swój ból i rozczarowanie zaistniałą sytuacją.
- Rozumiem, że możesz się wściekać. Zresztą, masz do tego pełne prawo, ale nie waż się nigdy więcej zwracać do mnie w ten sposób, zrozumiano? - Przerywa na chwilę żeby złapać oddech i przybrać poważny wyraz twarzy, po czym odwraca się do mnie ponownie i jak gdyby nigdy nic dodaje:
- Spadaj umyć łapy i wróć tu, to zjemy dziś razem, albo potraktuj to z identyczną wyjebką z jaką mnie potraktowałeś i róbta co chceta. Mam już dość Twoich foszków, mój książe, bo wiesz dobrze z jakich powodów wyjeżdżam. Nie masz pięciu latek, Kuba, nie zapominajmy o tym - Kończy i kolejny raz odwraca się w kierunku gara z parującym żarciem, jednak tym razem robi to z nieco większym roztargnieniem. Czuję, że zaczynam kipieć, więc szybkim skokiem rzucam się na schody i zwinnie zbierając spod nich torbę wbiegam błyskawicznie na górę, pokonując po dwa stopnie naraz.  Jeden głupi incydent zmusił mnie do rozdrabniania spraw nad którymi na codzień raczej nie myślę. Samotny. Taki właśnie byłem, mimo pięknego domu z ogrodem, wspaniałej i równie kosztownej gosposi, mimo oszczędzonych mini fortunek na moim dziecięcym koncie. Matki zwykle nie widywałem, ojciec już dawno gdzieś przepadł, tak, że nawet go już nie pamiętam, rodzeństwa nie mam a kumpli mieć nie chcę, bo większość z tych ludzi których znam to zwyczajne, zachłanne dupki lecące na moją kasę, albo głupie panny liczące na sponsorowanie. Dlatego zwykle trzymam się z daleka od ludzi, a ludzie, z jakichś przyczyn próbują trzymać się z dala ode mnie. Jestem raczej dziwny, to oczywiste.
Poza własnym dziwactwem cechuję się także, jak już wspominałem, skłonnościami do histeri i swego rodzaju dzikością. Jestem strasznie nieufny w stosunku do całego świata i na wszystko patrzę zwyklę wybałuszonymi oczami. Ponadto jestem raczej dość rozchwiany emocjonalnie, co, rzecz jasna, nie niesie niczego dobrego. Wystarczyła krótka zamiana zdań z moją życiodajną a ja już zdewastowałem cały swój pokój i urządziłem na tle własnej psychiki najprawdziwszy armagedon. Czasem zradza się we mnie tak dużo myśli, odczuć i pragnień, że nie potrafię nad tym zapanować i jak taka bomba atomowa, wybucham, demolując wszystko do okoła. Przeważnie żałuję takich wybuchów, bo później dociera do mnie jak słaby ciągle jestem, nie potrafiąc nad niczym mieć kontroli, ale z drugiej strony, myślę, czy to moja wina, że urodziłem się nadwrażliwy? Odnoszę wrażenie, że nikt na całym świecie mnie nie rozumie. Niby inni porozumiewają się językiem, który nie jest mi obcy, niby wykazują zachowania mi normalne, ale czuje się tutaj jak w cholernym planetarium, gdzie niby pełno jest wszystkiego, a tak naprawdę, choć otoczony miliardem gwiazd i gwiazdozbiorów, czuje się jak taka wypalająca się już gwiazda, pozbawiona blasku, piękna, niedostrzegalna.
Ludzie mnie nie rozumieją, sumienie mnie nie rozumie, jestem obcym zarówno dla siebie jak i dla reszty świata. Miewam napady gniewu i rozgoryczenia, a mimo wszystko nawet zdając sobie z nich sprawę, nie potrafię nad nimi panować. Wszystko wiecznie leci mi z rąk i czego się nie dotknę, to zawsze muszę coś zniszczyć, schrzanić coś bez względu na własne intencje. Czasem nie rozumiem, czemu to właśnie mi przyszło być tym, który będzie się czuł tak beznadziejnie na tym świecie. Zupełnie sam, zupełnie osamotniony. Samotny.
Papieros dopala mi się niemalże do końca i gdyby nie fakt, że zostałem boleśnie poparzony w palce jego żarem, prawdopodobnie leżałbym tak bezwiednie pod tą ścianą, nie zastanawiając się nawet nad tym, co wokół mnie się dzieje. Próbując się podnieść targam spodnie na kolanie, ale nie przejmując się tym aż nadto, chwytam w dłonie bejsbolówkę i zarzucam ją sobie na plecy. Słyszę, że w jej wewnętrznej kieszeni postukują jakieś ciężkie monety, więc nie zwracając już na nic uwagi, chwytam ponownie swoją ukochaną torbę i przewieszając ją przez lewe ramie, zbiegam ciężkim krokiem pod drzwi frontowe. Wkurza mnie zawsze ta odlogłaś dzieląca taras i bramę wyjściową, bo ilekroć chcę stąd zwiać, zawsze muszę pokonywać ten cholerny odcinek, a momentami nawet jeden krok postawiony na tej ziemii, to dla mnie istne męczarnie.
Przekraczając bramę, wtykam w usta papierosa i wsuwając ręcę do rękawów bejsbolówki, kieruje się w stronę zatoczki, gdzie znajduje się jedyny w tych okolicach przystanek autobusowy. Na szczęście, chociaż jeżdżą tutaj tylko dwa autobusy, kursują one dość często, bo zatrzymują się tylko na trzech przystankach i całą swoją drogę kończą niedaleko dworca, piętnaście minut jazdy, zaczynając liczenie od momentu opuszczenia zatoczki. Przez samą zatoczkę jedzie się kilka minutek, co jest bardzo kojące i równie przyjemne, a później kolejne piętnaście minut, to przemierzanie przez istne zadupia, na których rośnie tylko kilka krzaków i pojedyńczych, często wyglądających jak ruiny, domów. Jeszcze nigdy nie udało mi się trafić na zupełnie pusty autobus, ale również jak dotąd jeszcze nie spotkałem się z sytuacją, kiedy to poza mną w autobusie byłoby więcej niż trzech pasażerów. Niewiele osób korzysta z tych linii, bo niewielu nas tutaj włąściwie mieszka. ale to w pewnym sensie dobre, bo ja nie przepadam jakoś szczególnie za bardzo zaludnionymi obszarami.
Za każdym razem, przysięgam, za każdym, kiedy jechałem tym autobusem, mówiłem, że wsiądę 'tym razem' do pociągu byle jakiego i pojadę, gdzie szlak mnie poniesie. Jak dotąd nigdy jeszcze tego nie zrobiłem, ale dla utrwalenia tradycji powtarzam to rytualne myślenie i jak zwykle kończę na tym samym, na tym samym dworcu i na tej samej ławce. I tylko niebo wiszące nade mną zdaje się jeszcze zmieniać. Niemalże zwykła, szara monotonia. Ale jednak, nie tym razem.

***