Cisza w moim domu zawsze może oznaczać tylko i wyłącznie dwie rzeczy, złą i tą jeszcze gorszą. Chwila stojąca po mojej stronie, czyli dla mnie jak najbardziej pozytywna, to ta, kiedy Maciuś ze starym schlewają się tak bardzo, że zasypiają podparci na łokciach, w najlepszych wypadkach. Najgorzej dla mnie dzieje się wtedy, gdy Ci idioci są upici wystarczająco, żeby nie mieć siły drzeć się na całe gardła, ale jednak przytomni na tyle, by wygrzebać jakieś rezerwy, gdy tylko postawię nogę w polu ich przestrzeni osobistych, zapamiętując jednocześnie ten epizod i dając mi często za nie cholerną nauczkę w późniejszym czasie. Odkąd skończyłem 14lat po prostu się tym nie przejmuję i gdy tylko w tej ruderze w końcu milknie hałas, zbieram dupę w troki i śpiechaczem stąd wychodzę, za każdym razem trzaskając za sobą drzwiami. Bez względu na to co robię i jak robię, tak czy inaczej ciągle dostaje mi się w ciry od tych gnojków, więc w pewnym momencie po prostu przestało mi zależeć na nie złojonej skórze i gdy tylko mogłem, robiłem wszystko, by jak najbardziej ich zdenerwować. Ojciec i tak całe życie jest na mnie wściekły, bo w drugiej kolejności miała mu się urodzić piękna córa, a nie takie chucherko jakim za dzieciaka jeszcze byłem. I gdy się tak nad tym zastanawiam, to całym sercem ciesze się, że nie jestem dziewczyną. Bo ilekroć wyobrażam sobie te wszystkie świństwa, jakie te bestie mogłyby wtedy ze mną wyczyniać, zwyczajnie robi mi się słabo. Jako chłopak z czasem dostałem kilka dodatkowych kilogramów a do góry też wyskoczyłem błyskawicznie, więc chcąc nie chcąc, stawałem sie dla mojej rodzinki nieco większym utrudnieniem.
Jako siedmioletni chłopiec, trzymając jeszcze w gębie mleczaki, niewiele byłem w stanie zrobić, by się przed nimi bronić. Ale teraz, gdy jestem o dziesięć lat starszy, niektóre sprawy wyglądają troszeczkę inaczej.
Zacznę może od tego, że cała moja rodzina, poza tymi dwiema, rozpijaczonymi ofermami, składa się z nieżyjących już babć, ciotek i innych zmarłych krewnych, więc poza nimi niestety nie mam nikogo. Przez zabrudzone wiecznie ubrania i rzadko kiedy umyte włosy, inne dzieciaki nie chciały mi nawet dokuczać, więc o żadnych przyjaźniach czy jakichś głębszych konfliktach, po prostu nie ma co opowiadać.
Te pasożyty zawsze były dla mnie największym katem, ale ja przecież nigdy nie znałem innego, lepszego czy gorszego życia, życia które wiodę bez nich. Nawet nauczyciele prawie nigdy nie wołali mnie do odpowiedzi, więc właściwie poza tymi, nie miałem żadnych innych relacji. I chociaż może to głupie, one zawsze były dla mnie najważniejsze. Tak naprawdę nie mam żadnych powodów do tego, by tych facetów kochać, szanować czy chociażby tolerować, ale przez całe życie, choć strasznie tego nienawidziłem, nie miałem niczego poza nimi. Moja matka podobno sięgnęła po 'złoty strzał' równe cztery lata po moich narodzinach, ale nigdy nie miałem co do tego pewności.
Mimo wszystko nigdy nie miałem jej też za złe tego, że w jakiś sposób nas opuściła. Nawet jeśli faktycznie, odebrała sobie życie, jestem w stanie to zrozumieć i nawet jej wybaczyć, bo gdybym tylko mógł, gdybym tylko miał dokąd, sam zwiałbym stąd czym prędzej. I tak naprawdę to wszystko nigdy nie miało dla mnie znaczenia. Choć nie czułem do niej niczego, cieszyłem się, że nie musi na to wszystko patrzeć, że nie musi brać w tym udziału. I gdziekolwiek by teraz nie była, czegokolwiek nie robiąc, mam nadzieję, że jest jej lepiej.
Z zamyślenia wyrywa mnie znerwicowany, ciskający psychotycznie otwartą pięścią w klakson kierowca, cudem wychodzący z poślizgu, w który najpewniej wpadł próbując mnie wyminąć. Był on tak przerażony i nabuzowany, że cała jego twarzy przybrała kolor purpury a jego oczy niemalże wychodziły z orbit. Nie pierwszy raz zresztą mi się zdarza myśleć o czymś tak intensywnie jak teraz, wystarczająco ostro, by stracić kontakt z rzeczywistością. Najpewniej stare słuchawki wetknięte w uszy też zrobiły tu nieraz swoje, bo odkąd tylko pamiętam, na takie przechadzki z domu wychodzę tylko ze starym walkmanem Sony. To chyba najdroższa ze wszystkich rzeczy jakie posiadam i pewnie nie dałbym już dawno rady gdyby nie ten staroświecki odtwarzacz dźwięków.
Na szczęście tym starym pijakom nigdy nie przeszkadzało włączone radio, więc systematycznie nagrywałem na stare taśmy jakieś nowe kawałki, bo na większości orginałów tych kaset były nagrane głównie powalone kawałki techno z lat wczesnej, bardzo wczesnej młodości mojego starego. Brzmiały zwykle jak kawałki wyrwane z pornograficznego filmu. Brzmiały tak, jakby miały oddawać smród i paskudztwo takiego seksu. Były "brudne" zupełnie nie pasujące do moich wyobrażeń odnośnie kochania się z kimś. Moje oziębłe podejście do wszystkiego, jednak nie zawsze jest takie oziębłe. I ilekroć wyobrażam sobie kogoś, z kim mógłbym się kochać, widzę jednocześnie jak to się wszystko odbywa. Widzę namiętność płynącą ze wszystkich, nawet najdrobniejszych gestów, widzę jak toniemy w gorącej fali uczuć jakie żywimy do siebie wzajemnie. Widzę coś stałego, pięknego, nieprzeciętnego. A wizualizowanie sobie szybkiego seksu z pierwszą lepszą osobą, absolutnie tego w sobie nie ma. Dlatego nie mogłem słuchać tych kawałków, za co oczywiście ojciec solidnie mi naklepał, ku ogólnej radości mojego starszego, bezwstydnego, bezmózgiego i w ogóle ograniczonego na wszelkie możliwe sposoby brata, Macieja. Ma on dwadzieścia siedem lat, a mentalnie jest jak typowy dzieciak, choć codziennie wali ze starym gorzałe, używa przemocy i kręcą go sadomasochistyczne oraz mocno patologiczne epizody seksualne. Dziesięć lat temu, gdy był wtedy jeszcze w moim obecnym wieku, robił mi naprawdę straszne rzeczy. Wtedy jeszcze jego ciało było żeśkie a oddech nie zepsuty przez kolosalne ilości pitego alkoholu, natomiast moje, jak już wspominałem, drobne, dziecięce ciałko, było raczej miękkie i nie przystosowane do tego, by się bronić.
Z łatwością sadzał mnie u siebie na kolanie, a później siłą własnych ramion zmuszał moje dłonie, żeby go głaskać po lekko owłosionej już klacie. Z czasem zaczął miewać nieco bardziej wymyślne pomysły, aż w końcu wpadł na to, by całkowicie się przy mnie rozebrać. Pamiętam, jak za pierwszym razem, leżąc pod moim łóżkiem, pocierał powoli swojego członka, opowiadając mi najbardziej bluźniercze historie z jego dokonań, a ja siedząc nieco wyżej, wgnieciony maksymalnie w szczelinę między ścianami, zaciskając ramiona na podkulonych kolanach, trzęsłem się ze strachu.
Na to wspomnienie wzdrygam się gwałtownie i w ostatniej chwili udaje mi się zejść na ziemię. Autobus, który miał mnie zabrać na dworzec, akurat podjechał na przystanek i zdaje się, że już miał odjeżdżać, kiedy podświadomie zmusiłem swoje ciało do sprintu, machając w górze łapami na znak okrzyku "zatrzymać się!" Oczywiście kierowca też nie pierwszy raz spojrzał na mnie jak na wariata, ale czasem myślę, że ma on nawet trochę racji. Niemalże cały czas jestem po prostu nieobecny i żyję we własnym świecie, bo tutaj, na tej paskudnej ziemii nic mnie zwyczajnie nie trzyma i nie intryguje. Niewiele tutaj mi się podoba, więc staram się gościć tutaj jak najrzadziej. Tylko przecież muszę mieć też cholernego pecha, bo ile razy bym się nie wystawiał na próbę, tyle razy jakoś udawało mi się uniknąć śmierci. A kogoś innego pewnie ten mój wrzeszczący kierowca zwyczajnie by rozjechał, zostawiając na asfalcie jedynie mokrą plamę. I tą plamą mógłby być każdy, tylko nie ja, co już nawet nie jest dla mnie dziwne. Powiedzenie "biednemu zawsze wiatr w oczy" systematycznie nabiera dla mnie głębszego znaczenia. Ciężko się tu żyje, to prawda, ale nie żyć najwyraźniej jest jeszcze trudniej, chociaż ja chyba od dawna już nie żyję. Albo zwyczajnie jeszcze się nie narodziłem, sam już nie wiem. Ale czasami czuję, że ja to tak naprawdę tylko moja marna egzystencja, a nie prawdziwe życie. Tak jakbym żył, ale przestawał już istnieć. To śmieszne, że tak myślę, bo przecież gdybym zniknął, to nikt by się tym raczej specjalnie nie zainteresował, o ile moje zniknięcie zostałoby zauważone. Więc może naprawdę zwyczajnie mnie już nie ma, Nie wiem, gubie się już w tym wszystkim.
Wyciągam słuchawki z uszu i próbuję uspokoić oddech, szybko przebudzając spojrzenie i rozglądając się do okoła. Otrząsam się na chwilę przed przystankiem końcowym i gdy tylko kierowca otwiera drzwi, natychmiast opuszczam ten pojazd, rzucając za sobą niechlujne "dziękuję."
Wolnym, chyba już wyuczonym krokiem zmierzam w kierunku ulubionej ławki, na której kiedyś wyryłem swoje inicjały. Zwykle jestem tutaj zupełnie sam, bo z tego peronu już chyba nikt nawet nie korzysta, choć raz na kilka godzin przejeżdżają jeszcze tędy pociągi i kilka z nich nawet się zatrzymuję, Mimo tego jest tu raczej pusto, ciemno i wilgotnie, więc można powiedzieć -miejsce specjalnie dla mnie. Bardzo lubię tutaj przebywać i podoba mi się niezmiernie ta przenikliwa cisza jaka tu panuje. Lubię to miejsce nawet wtedy, gdy gdzieś obok na ławce śpi jakiś pijak czy bezdomny starzec.
Ale tego dnia trochę się obawiałem. Poza mną i znanymi mi już raczej postaciami, pojawił się ktoś nowy. Ktoś obcy.