niedziela, 1 marca 2015

Rozdział 1. Część 3.

Kiedy dotarłem do swojej ławki, tej z obdartym już z farby oparciem, na peronie jak zwykle było niemalże pusto. Po drugiej stronie torów, na jednej, równie starej ławce, siedział jakiś bezdomny pijak. Być może przesiadywał tutaj już za czasów nowości tej stacji, a przynajmniej nie wyglądał na kogoś w kwiecie wieku i na pewno był ode mnie o wiele starszy. Kiedy do mnie podszedł, dałem mu na pierwszy rzut oka pięćdziesiąt siedem lat. Okazało się w rezultacie, że miał ich pięćdziesiąt cztery. Alkohol i brak dbania o higienę osobistą najwyraźniej też robi swoje. Jego długie, nieuczesane, jakby brudne włosy, miejscami jeszcze wyblakło czarne, opadały mu na ramiona. Brudne, drżące dłonie powykrzywiane już miał od zimna i przeżytych lat. Jednak mimo wszystko wyglądały na zadbane. Oddech miał nieświeży a spojrzenie zamglone, ale jednak, jak nic innego w całym jego wyglądzie, właśnie te smutne, błękitne, pijane oczy krzyczały, że jest on dobrym człowiekiem i ma dobre serce. Przysiadł się do mnie, pytając najsampierw o pozwolenie. Kiedy skinąłem potwierdzająco głową, stary pijak oparł dłonie na kolanach i powoli rozsiadł się na drugim końcu ławki. Zanim to zrobił, dowiedziałem się, że wcale nie miał zamiaru podchodzić i opowiadać mi o głupotach, ale zobaczył, że palę i chciał po prostu zapytać o papierosa. Bez zbędnych słów wyciągnąłem z kieszeni kurtki paczkę papierosów i położyłem ją pomiędzy nami. Starzec spojrzał na mnie pytającym wzrokiem, po czym sięgnął niepewnie po paczkę, natychmiast wtykając do ust wyciągniętą fajkę. Trzymał ją między wargami przez chwilę, jakby przypominał sobie jak to jest, po czym wygrzebał z brudnej, śniadaniowej torby wygniecioną paczuszkę zapałek. Bez namysłu sięgnąłem jeszcze raz do kieszeni po zapalniczkę, ale stary człowiek podziękował. - Nie pamiętam nawet czasów, kiedy po raz ostatni i najpewniej też pierwszy nie odpalałem papierosa pocierając zapałki o siarkę - wyznał, po czym zrobił dokładnie to o czym wspomniał, zachłannie zaciągając się dymem średnio mocnego papierosa. Po chwili oderwał filter i rzucił go pod buta. - Przez te wszystkie lata przyzwyczaiłem się już do smaku siarki. Myślę, że bez niej już żaden papieros nie smakowałby mi tak dobrze. Ale tak naprawdę niewiele palę, bo tylko tyle ile uda mi się od kogoś wyżebrać. Jestem biedakiem, w dodatku bezdomnym, ale mam w sobie jeszcze odrobinę godności. - Dodał, po czym kolejny raz, z równą łapczywością, zaciągnął się dymem złotego Marlboro. Tym razem nie pytał, czy chcę usłyszeć coś o jego życiu i o nim samym. Po prostu zaczął mi o sobie opowiadać, a ja, pomagając mu zatruwać powietrze, uważnie go słuchałem. Poczułem niepohamowany przypływ sympatii do tego człowieka chyba już w momencie, kiedy delikatnie się ukłonił zanim postanowił się do mnie odezwać. Pozwoliłem mu mówić, bo uznałem, że pewnie nie często otrzymuje tyle wyrozumienia, a prawdopodobnie jeszcze rzadziej otrzymuje go więcej niż teraz. Starzec opowiadał mi o najdziwniejszych rzeczach, często bez znaczenia, ale na sam koniec powiedział mi słowa, które co do jednego pamiętam do teraz. - W życiu każdego człowieka dzieją się jakieś tragedie. Na pewno większość z tych, które nas nie dotyczą uważa się za nie aż takie wielkie czy straszne. Ale każdy człowiek ma własne serce i czuje na swój własny, niepodrabialny sposób, bez względu na to kim będzie i czego by nie pokazywał. Każdego z nas coś boli, dotyka. Tak jak i wszystkich nas coś cieszy. Sprawił mi dziś świat straszną przyjemność, zsyłając Cię dziś na ten peron. Nie zapominaj nigdy o tym, że uczucia to swego rodzaju świętość. Nigdy ich nie lekceważ. - Dokończył, kładąc mi dłoń na ramieniu, po czym wstał i uśmiechnął się do mnie blado. - Zrobiłeś dla mnie dziś wystarczająco dużo dobrego, częstując mnie papierosem i pozwalając mi wygadać się komuś o trzeźwym umyśle. Ale gdybyś mógł dla mnie zrobić coś jeszcze, byłbym wdzięczny za kilka groszy na jakąś bułkę. - Przyznał, po czym wyciągnął w moim kierunku złożone w błagalnym geście dłonie. Sięgnąłem ostatni raz do kieszeni po wszystkie drobne i wygrzebując z całości dwa złote na bilet, wręczyłem starcowi wszystko, co mi zostało, cały mój obecny majątek, czyli około dwudziestu złotych. Spod siwych, falujących włosów zabłysły martwo dwie źrenice, dające mi do zrozumienia, że ten bezdomny pijaczyna nie potrafi uwierzyć w moją hojność. Mimo tego, bez sprzeciwu zabrał ode mnie całą sumę i gdy tylko wcisnął ją głęboko w obdartą, brudną kieszeń starych jeansów, złapał mnie serdecznie za dłoń i potrząsając nią przez chwilę serdecznie, uśmiechnął się do mnie raz jeszcze i zniknął. Nie oczekiwałem więcej, bo uważam, że zrobiłem to, co było słuszne. Poza tym nie znosiłem pożegnań, mimo że poza matką z nikim żegnać się nie musiałem. Nagle moim oczom ukazał się ktoś jeszcze. Być może chłopak który mnie obserwował siedział tam na wprost, po drugiej stronie peronu już od samego początku, a może nawet i był tutaj już przede mną, ale w każdym razie ja dopiero co go zauważyłem. Wyglądał na przestraszonego i mógłbym przysiąc, że nawet stąd widziałem jak trzęsą mu się ręce. Być może z zimna, bo miał na sobie tylko wyciągniętą bluzę i rozpadające się już lekko trampki. Machał nerwowo prawą nogą, zaciskając na udach pięści. Następnie gwałtownie opuścił wzrok, jak gdyby przestraszył się czegoś jeszcze bardziej. Rozejrzałem się wokół siebie i zrozumiałem, że w tym momencie nie boi się on niczego innego jak właśnie mnie. Włosy miał krótkie, schowane pod kapturem szarej bluzy. Kilka nieuczesanych kosmyk opadało na jego blade czoło, dzięki czemu mogłem stwierdzić, że jest brunetem i prawdopodobnie ma też ciemne oczy. Nie wiem co mnie podkusiło, na pewno nie miałem złych zamiarów, ale zebrałem się dość szybko i pewnym krokiem ruszyłem w kierunku nieznajomego. Po kilku krokach, gdy znajdował się już nieco bliżej, mogłem dostrzec w wyrazie jego twarzy, że jest jeszcze dość młody, bo jego twarzyczka przypominała raczej twarz dziecka niż mężczyzny, ale z bliska widziałem na jego policzkach miękki, rzadki zarost. Bez zbędnych ceregieli usiadłem na oparciu jego ławki, stając buciorami na jej siedzeniu. Gdy złapałem oddech, spytałem na początek krótko, czy chce papierosa. Odpowiedział jedynie "nie, dzięki" i uważnie zaczął mi się przyglądać. Uśmiechnąłem się lekko. Drugi raz czuję podobny przypływ sympatii, chociaż tym razem czuję ją trochę inaczej niż poprzednio. Nie pomyliłem się co do barwy jego tęczówek. Ale z bliska mogłem się przekonać osobiście, że jedna z nich ma nieco ciemniejszy odcień. Lewa była niemalże piwna, prawa miała barwę jasnej, kakaowej czekolady. I choć oba kolory kojarzyły mi się z czymś dobrym, z jego źrenic kipiał smutek, graniczący niemalże z rozpaczą.